• open panel

Prawdziwa historia (Wojciech Maciak)

 

Na wstępie chciałbym podziękować naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi za to, że okazał mi łaskę, wyciągnął ku mnie Swoją dłoń i dotknął się mojego życia. Chcę też podziękować Bogu za tych, którzy zwiastowali mi Słowo Boże i za to, że musieli ponieść tego koszty.

Niedawno miałem okazję spotkać panią, która jest wychowawczynią w ośrodku szkolno-wychowawczym, w którym byłem. Powiedziała do mnie: „Wojtek czy pamiętasz Jerzyka?” (był to jeden z moich kolegów w tym ośrodku) Okazało się, że w ośrodku jest teraz kuzynka Jerzyka, która powiedziała, że Jerzyk dostał bardzo duży wyrok do odsiedzenia w więzieniu za próbę zabójstwa. Dalej ta pani powiedziała, że jest szczęśliwa, kiedy widzi mnie na mieście. Ja odpowiedziałem, że to Bóg sprawił. Bo gdyby Bóg nie wyciągnął do mnie Swojej ręki, to też byłbym teraz w więzieniu.

 

Pochodzę z patologicznej rodziny i nie mogę powiedzieć tak jak inni, że pochodzę z rodziny katolickiej, ponieważ moja rodzina nie była w ogóle wierząca w Boga. Oczywiście w domu były  obrazy przedstawiające Pana Jezusa czy Marię, ale moja rodzina nie wierzyła w Boga ani po katolicku, ani w żaden inny sposób. W moim domu, mówię to z bólem w sercu, największą wartością byt alkohol i dlatego też współczuję wszystkim, którzy przeżywają lub przeżywali to, co ja.

Moja mama zawarła związek małżeński z moim tatą, kiedy miała około 17-18 lat, a mój tata miał już wtedy około 32. Po pewnym czasie odeszła od niego i do dzisiaj żyje w konkubinacie  z innym mężczyzną. Wspólnie z braćmi marzyliśmy o tym, że kiedy podrośniemy to zemścimy się na tym człowieku za krzywdę, którą wyrządził naszej mamie.

Nigdy dokładnie nie wiedziałem ile było mojego rodzeństwa, a to, dlatego, że gdy przebywałem w domu dziecka i uciekałem do domu, widziałem niemowlę w wózeczku, a po pewnym czasie, gdy znów uciekłem do domu już tego dziecka nie było. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że było nas czternaścioro. Niektóre dzieci zostały zaadoptowane, niektóre umarły. Trzynaste dziecko mama urodziła w więzieniu, a czternaste wziąłem z domu dziecka w rodzinę zastępczą.

Moja mama i tata lubili zaglądać do kieliszka i to było ich codziennością. Tata chodził do pracy, a mama zostawiała nas w domu samych. Miałem wtedy może trzy latka i pamiętam niektóre migawki, gdy mama wychodziła pić, a my płakaliśmy.

Kiedyś, gdy mama zostawiła nas w domu samych stawaliśmy na parapecie okna (było to bardzo wysokie drugie piętro) i zrzucaliśmy dachówki z dachu. Dziękuję Bogu, że nikomu z nas nic się nie stało. Kiedyś zostaliśmy pobici przez naszą mamę tak grubym kablem, że aż się krew lała. Awantury między tatą a mamą były w naszym domu bardzo częste, a to z kolei sprowadzało do naszego domu policję.

W czasie jednej z awantur pamiętam jak mój tata chciał wyrzucić mamę przez okno i to nie były żarty. Na pomoc przyszła policja. Dla nas było to wstrząsającym przeżyciem.

Kiedy pierwszy raz trafiłem do domu dziecka miałem trzy latka. Kiedy podrosłem, w domu dziecka byli już ze mną trzej bracia i zaczęły się z nami pierwsze kłopoty, w większości spowodowane ucieczkami. Miałem wtedy może osiem lat. Moja mama bardzo szybko rozeszła się z tatą. Uciekaliśmy z domu dziecka, najczęściej do mamy. Zdzichu (tak ma na imię człowiek, z którym żyje mama) też nie szanował mojej mamy i ciągle były awantury, których panicznie się bałem, bo moja mama mogła być pobita aż na śmierć.

Pamiętam, że jeszcze jako mały chłopiec mieliśmy wspólne marzenia z braćmi, że kiedy podrośniemy i będziemy mieli żony i dzieci, to nigdy nie dopuścimy do tego, aby nasze dzieci i żony tak cierpiały jak my i nasza mama. W moim domu nie było żadnych warunków potrzebnych do życia, nie było światła, było zimno i trzeba było chodzić do lasu po opał, a co najważniejsze, nie było w domu, co jeść. Doświadczyłem tego, że ze śmietniska zbierałem coś do jedzenia i nieraz brzuch mi skręcało z głodu.

Oczywiście już jako dzieci weszliśmy i w złe towarzystwo, głównie kryminalne i to nowe towarzystwo często namawiało nas do złych rzeczy np. do upijania się, a następnie do okradania ludzi.

Pamiętam jedną z awantur w domu, która spowodowała moje wołanie o pomoc do Boga. Pobiegłem wtedy do pobliskiego kościoła i własnymi słowami modliłem się do Boga: „Boże, jeśli jesteś, proszę zrób coś, aby się to skończyło”. Moja mama krzyczała wtedy tak głośno, że jeszcze w kościele słychać było jej głos.

Kiedy uciekałem z domu dziecka, zawsze później tego żałowałem. Byt taki okres, że przez dwa lata nie uciekałem. W szkole szło mi bardzo dobrze, zdałem nawet z czerwonym paskiem. Ale moi bracia namawiali mnie do ucieczki. Nie chciałem uciekać, ale przekonywali mnie, że w domu wszystko się zmieniło. Mówili: „Wojtek, chodź z nami, wiesz jak w domu jest dobrze, światło jest, telewizor, mama i Zdzichu nie piją i nie awanturują się’. Oczywiście, kiedy uciekłem, żadnej z tych rzeczy w domu nie było.

Jak już wspomniałem w domu nie było, co jeść i to spowodowało, że wspólnie z moim młodszym bratem utrzymywaliśmy całą rodzinę Chodziliśmy po ludziach prosząc o jedzenie i pieniądze. Ludzie nam dawali i jedno i drugie i czasami było tego bardzo dużo. Oprócz tego wielu ludzi okradłem i jest to dziś dla mnie wielkim smutkiem. W większości pieniądze, które otrzymywaliśmy, były wydawane na alkohol i papierosy.

Chodząc tak po domach trafiliśmy raz na człowieka, który był ewangelicznie wierzącym chrześcijaninem. Pamiętam jak przyjął nas do domu, a następnie przygotował nam coś do jedzenia. Szczególną uwagę zwróciłem na to, że pomodlił się przed posiłkiem. Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Ten człowiek dał nam kilka książek i broszurek takich jak : „Takim było twoje życie”, „Nicky Cruz opowiada”, „Krzyż i sztylet”. Czytałem te książki i zastanawiałem się nad tym. Co będzie po śmierci?

Pewnego razu w czasie awantury w domu nie mogąc już dłużej na to wszystko patrzeć, uciekłem z domu i zamieszkałem u starszego mężczyzny, którego nazwałem dziadkiem. Przyjął mnie do siebie i od tej pory u niego już pozostałem.

Jednak i tak musiałem chodzić po ludziach, aby zarobić dla mnie i tego mężczyzny, gdyż miał tylko rentę, która w większości była wydawana na alkohol. Pamiętam jak leżałem na łóżku i rozmyślałem nad swoim życiem.
Myślałem, co ja mam za życie, jutro wstanę, zapalę papierosa, pójdę żebrać do ludzi, wrócę, popiję trochę alkoholu i co dalej? Wiedziałem, że moje życie nie ma żadnego sensu, a w moim sercu była ogromna pustka. Kiedy czułem się przytłoczony, włączałem sobie muzykę i wtedy czułem się dobrze, ale gdy kaseta się kończyła, kończyło się krótkotrwałe zaspokojenie, a pustka pozostawała.

Zastanawiałem się, co będzie po śmierci? Gdzie znajdę się, kiedy umrę? Myślałem o sobie, że nie jestem taki zły i czyściec jest odpowiednim miejscem dla mnie. Był taki czas, kiedy zacząłem czytać książkę pt. „Nicky Cruz opowiada” Bardzo mi się spodobała, ale od innej strony. Czytając o bohaterze książki jako o gangsterze, którego wielu się bało, uznałem go za swój ideał. Ale kiedy czytałem dalej, okazało się, że Nicky nawraca się do Pana Jezusa. Rozgniewany odrzuciłem tę książkę mówiąc sam do siebie: „co on zrobił, ale głupiec”. Przestałem ją czytać. Rozmyślając nad swoim życiem (byłem wtedy drugi rok na ucieczce z domu dziecka, a moi bracia byli już w poprawczaku ) myślałem, że mam już 16 lat, a skończyłem dopiero piątą klasę.

Poszedłem do szkoły podstawowej i ku mojemu zdziwieniu zostałem przyjęły. Po pewnym czasie szkoła mi się znudziła, pojawiły się na mnie skargi, że np. swoją postawą i wyglądem straszę ludzi. Nie pasowałem do tej szkoły. Moja wychowawczyni zaczęła mi szukać Innego miejsca i znalazła Ośrodek Szkolno-Wychowawczy w Walimiu. Miałem obietnicę, że będę mógł jeździć do domu na sobotę i niedzielę. Moja mama była w tym czasie w więzieniu, gdzie urodziła się jej dziewczynka, która do dnia dzisiejszego mieszka u mojej babci.

Do tego ośrodka trafiłem w roku 1995. Szczególną moją uwagę zwróciły dwie wychowawczynie, które zachowaniem i zewnętrznym ubiorem różniły się od innych wychowawców. Obserwowałem je, kiedy siadały do stołu z innymi wychowawcami, w tym z księdzem. Kiedy siedziały przy stoliku zawsze przed jedzeniem modliły się, a wtedy mówiłem do kolegów: „widzicie, te panie się modlą przed jedzeniem, a ksiądz nie”. Pokazywało mi to, że one bardziej poważnie traktują sprawy związane z Bogiem. Powiem wam też jedną rzecz, która zrobiła na mnie duże wrażenie.

Patrzyłem na nie i chociaż wtedy było jeszcze we mnie inne myślenie, to ta ich skromność, którą widziałem, robiła na mnie wrażenie. Doszło do rozmowy, w której powiedziałem, ze czytałem kiedyś książkę „Nicky Gruz opowiada”. Dowiedziałem się, że te panie były na konferencji chrześcijańskiej w Bieszczadach i bardzo im się tam podobało. Odpowiedziałem, ze też chętnie pojechałbym na taką konferencję. Było to dla nich bardzo miłym zaskoczeniem, tym bardziej, że byłem pierwszą osobą w ośrodku, która tak się zainteresowała sprawami związanymi z Bogiem. Bóg tak sprawił, że w niedługim czasie miała się odbyć podobna konferencja, ale tym razem w pobliskiej miejscowości, w Legnicy. Basia (jedna z wychowawczyń z ośrodka, druga miała identycznie na imię) zapytała, czy chciałbym z nimi jechać (wcześniej modliła się do Boga, że da mi folder, który zawierał codzienny program tej konferencji: modlitwa. Śniadanie, wykład Słowa Bożego, obiad, znów wykład, kolacja, świadectwa, w tym posługa Słowem Bożym i jeśli tym się nie zrażę, to znaczy, że mają mnie koniecznie wziąć na tę konferencję, bo wyszło to od Boga). Basia dała mi ten folder oczekując na moją reakcję, a ja przeczytałem i powiedziałem, że bardzo chcę jechać.

Konferencja w Legnicy była w roku 1995. Bardzo mi się tam podobało, obserwowałem wszystkich ludzi, stojących obok mnie i modlących się do Boga.

Pamiętam pewnego młodego chłopaka, który składał na tej konferencji świadectwo nawrócenia do Boga. Rozmawiał później ze mną i ta rozmowa zrobiła na mnie duże wrażenie. W ogóle cała ta konferencja była dla mnie takim przedsmakiem nieba na ziemi i myśl o tym, że mam wracać do ośrodka, do tej starej rzeczywistości, sprawiła mi wielki smutek. Przez całą konferencje, która trwała trzy dni, spaliłem trzy papierosy, co dla mnie osobiście było cudem.

Gdy wracaliśmy samochodem, ja, Bogumił , Basia i ich dwie córki, w samochodzie był włączony magnetofon z muzyką chrześcijańską. Pamiętam to do dnia dzisiejszego, jak te pieśni dotykały mego serca. Później, kiedy dojechaliśmy do Ośrodka, Bogumił powiedział mi, że u nich w domu też są takie nabożeństwa, jakie widziałem na konferencji i że mnie zapraszają. Było to dla mnie miłe zaproszenie i zarazem początek mojego poznania Boga. Młodzież z ośrodka w większości pochodziła z rodzin patologicznych, potrzebowała przede wszystkim miłości, ciepła i wrażliwości. Kontakty z dwiema wierzącymi wychowawczyniami zaspokajały te potrzeby.

Nie chcę, aby ktoś pomyślał, że wyróżniam te dwie Basie, inni wychowawcy też się starali, ale nie mieli tego, co miały one, mówię tutaj w szczególności o miłości Bożej widocznej w ich życiu. W takim ośrodku trzeba mieć naprawdę dużo miłości i cierpliwości, a to daje nam Pan Jezus żyjący wewnątrz nas.

Byłem najstarszym wychowankiem w ośrodku, miałem największy autorytet, dlatego wielu kolegów i koleżanek patrzyło na mnie. Basia z Bogumiłem postarali się o to, abym mógł przyjeżdżać do nich do domu na weekendy. Dla mnie było to swego rodzaju oderwanie się od ośrodka i towarzystwa, ale nie tylko. Pamiętam nabożeństwa, które się odbywały u Bogusia w domu. Wspólne modlitwy, śpiewanie i piękna atmosfera Bożej rodziny – to, czego tak bardzo mi brakowało i czego tak bardzo potrzebowałem. Kiedyś po rozmowie z Bogumiłem zdecydowałem się przyjąć osobiście Pana Jezusa do swego serca. Pomodliliśmy się, ale moje serce nie zostało jeszcze zmienione. Wróciłem do ośrodka i oczywiście: przekleństwa, (chociaż jeszcze niedawno modliłem się i śpiewałem), papierosy i wiele jeszcze innych rzeczy, o których wstyd teraz wspominać.

Zacząłem czytać Biblię tzn. Nowy Testament i stało się tak, że moi koledzy i koleżanki też zaczęli się interesować Bogiem. Pamiętam jak po całym dniu modliłem się do Boga wznosząc ręce do góry, koledzy, którzy to widzieli śmiali się ze mnie (oczywiście po cichu). Czasami, kiedy czytałem jakąś książkę chrześcijańską, czy broszurkę będąc pod jej wrażeniem zaczynałem się modlić do Boga, aby Pan Jezus zamieszkał w moim sercu, ale już po modlitwie schodziłem na dół do ubikacji, aby zapalić papierosa. Kiedyś zdecydowałem, że przestanę przeklinać, (bo przecież nie godzi się prawdziwemu chrześcijaninowi przeklinać) i będąc w ubikacji powiedziałem do chłopaków: „od dzisiaj przestaję przeklinać i macie mnie nie denerwować”. Długo nie trzeba było czekać a już można było usłyszeć wiązankę z moich ust.

Basie postarały się o to, aby mogły odbywać się u nas spotkania chrześcijańskie przy gitarze. Przyjeżdżali bracia, którzy mówili nam o Panu Jezusie, a następnie grali na gitarze i śpiewali pieśni. Takich spotkań było kilka, aż do chwili, kiedy niektórzy wychowawcy, a w szczególności pani dyrektor, zaczęli być im przeciwni.

Powiedziała, że te spotkania są prowadzone przez wyznawców innej wiary i żeby młodzież mogła w nich uczestniczyć muszą być pozwolenia od rodziców.

Tak, więc dwie Basie, jedna wychowawczyni i ja jeździliśmy po domach pytając się o pozwolenia rodziców, aby ich dzieci mogły uczestniczyć w spotkaniach chrześcijańskich. To niezwykle, ale wszyscy rodzice dali na to swoją zgodę. Pamiętam jak pojechaliśmy do mojego taty, (bo mama była w tym czasie w więzieniu) i jak z nim rozmawiały Basie. Oczywiście mój tata wyraził zgodę. Wcześniej Basie miały już kontakt z moim tatą i on im powiedział wtedy takie słowa: „ratujcie Wojtka, bo będzie tam, gdzie jego bracia”.

Pozwolenia były, ale spotkania już się więcej nigdy nie odbyły – tak duża była opozycja pani dyrektor. Zaczęła nawet naciskać rodziców, aby wycofali swoje pozwolenia. Młodzież była bardzo rozczarowana i czuła się oszukana. Większa część młodzieży zaczęła czytać Nowy Testament lub jakąś książkę chrześcijańską. Kiedy przychodziła cisza nocna i wychowawca gasił światła w pokojach, prawie w każdym pokoju ktoś czytał Nowy Testament lub książkę chrześcijańską i było to naprawdę piękne, zwłaszcza, że do tej pory raczej nikt niczego nie czytał? Jednak nie trwało to długo, ponieważ obie Basie zostały zwolnione.

Dla nas był to koniec tego, co piękne i dające nadzieję na przyszłość. Kiedy Basia zabierała z ośrodka swoje rzeczy poszedłem do ich samochodu i rozmawiałem z Bogumiłem i Basią; płakałem nie mogąc zrozumieć tej niesprawiedliwości. Nie widziałem na ich twarzach gniewu, czy pragnienia zemsty, raczej bezsilność i smutek, że się nie będą mogli już z nami spotykać. Byłem wtedy jeszcze nienawrócony i bardzo rozgniewałem się na panią dyrektor i innych wychowawców. Pamiętam jak wobec jednej z wychowawczyń kopnąłem z całej siły w nogi stołu od ping-ponga, który z trzaskiem rozłożył się na podłodze. Z chwilą zwolnienia obu Bas nie zależało mi już na niczym, więc zacząłem uciekać z ośrodka do brata, który mieszkał sam. Miał swoje mieszkanie i rentę a więc była możliwość robienia libacji u niego w domu. Czasami uciekając z ośrodka brałem do mojego brata jednego z kolegów. To było okropne życie, alkohol, hałas do samego rana, aż sąsiedzi byli na nas rozgniewani. Z ośrodka uciekałem na tydzień, dwa, a później wracałem jak gdyby nigdy nic.

Zbliżały się wakacje a ja kończyłem ósmą klasę, mając za dwa miesiące ukończyć 18 lat i stać się wreszcie wolnym. Wiedziałem, że jeśli ucieknę na wakacje, to policja nie będzie mnie ścigać, ponieważ nie będzie im się opłacało na tak krótko umieszczać mnie w ośrodku. Pieniądze u brata też się kończyły i trzeba było jakoś je zdobyć. Kradliśmy portfele starszym ludziom.

Czasami wracałem wspomnieniami do tych wspólnych chwil spędzonych w domu u Bogumiła i Basi. Kiedy nie było w domu mojego brata, włączałem sobie jedną z kaset, które mi po nich pozostały i słuchałem pieśni. Szczególnie jedna bardzo mnie poruszała i kiedy jej słuchałem, modliłem się, śpiewałem, ale potem znów zapalałem papierosa. Kiedyś siedząc u „kolegi” (był to człowiek, który wiele lat przesiedział w więzieniu i był starszy ode mnie o przynajmniej 30 lat) i pijąc wino z nim i żyjącą z nim kobietą, zacząłem im mówić o Bogu i zagrałem im pieśń pt. Rozkoszuj się Panem, której się nauczyłem w ośrodku.

Później zacząłem im mówić, że pójdą do piekła, a człowiek ten zapytał się mnie, za kogo się uważam i gdzie sam pójdę. Odpowiedziałem, że do piekła. W końcu nie wytrzymał i rozgniewał się. Jednak mój kontakt z Bogumiłem i Basią się nie skończył.

Pewnego razu znalazłem w drzwiach kartkę, na której zapraszali nas na konferencje chrześcijańską, ale tym razem w Bieszczadach (Puławy). Bardzo zapragnąłem pojechać, a do tego taką samą chęć wyraził również mój brat. W czasie podróży samochodem miał miejsce taki incydent, który świadczy o tym, jak bardzo szatan przeszkadzał w moim nawróceniu. Po wyruszeniu, w dość niedługim czasie Bogumił zauważył, że z samochodem coś się dzieje nie tak. Gdy wrzucał pierwszy i drugi bieg, skrzynia biegów okropnie trzeszczała i odnosiliśmy takie wrażenie, jakby się miała rozlecieć. Bogumił zaczął się zastanawiać nad powrotem do domu, a ja odczułem w sercu strach. Powiedziałem w myśli: „Boże ja nie chcę wracać i jeśli pozwolisz, abyśmy dojechali to oddam Ci całe swoje serce”. Bogumił i Basia podjęli decyzję, że dowiezienie nas na konferencję jest ważniejsze od samochodu i ruszyliśmy dalej. Prawie całą drogę przejechaliśmy na 4-tym biegu, ponieważ inne nie działały. Konferencja była wspaniała i może nie pamiętam dziś, co mówili wykładowcy, jednak doskonale pamiętam tę wspaniałą atmosferę chrześcijańską. Pokój, radość, miłość, wolność od grzechu – to wszystko mnie pociągało, ale…

Pamiętam wieczór ewangelizacyjny i wielu ludzi wychodzących do przodu, aby przyjąć Pana Jezusa. Ja czułem się „winny”, gdyż już przyjąłem Pana Jezusa do mego serca wcześniej, ale jednak z Nim nie żyłem. Po prostu On we mnie jeszcze nie zamieszkał. Kiedy zaczęliśmy się modlić, doświadczyłem wtedy tego, o czym Pan Jezus mówił odnośnie działania Ducha Świętego: „A on, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu o sprawiedliwości i o sądzie” (Jan 16,8).

To właśnie Duch Boży zaczął we mnie czynić podczas tej modlitwy. Mówiłem: „Panie albo teraz oddam Ci prawdziwie moje serce, albo wrócę do domu i będę robił to, co robiłem albo jeszcze więcej oddam się grzechowi” Pan mnie przekonał, że on jest jedyna Droga, na którą wchodząc będę zbawiony Był jeszcze jeden problem: nałóg nikotynowy. Co ja z tym zrobię? Wiedziałem, że jest to grzech, niszczenie świątyni Ducha Świętego. Ale czy Bóg naprawdę może mnie z tego uwolnić? Przecież próbowałem rzucić palenie wiele razy. Ale Bóg mnie przekonał, że On Jest zwycięzcą i w tej sprawie i w jednej chwili zostałem uwolniony z tego nałogu. Później rozmawiałem jeszcze ze starszymi wierzącymi, którzy mi mówili o tym, abym porzucił wszelkie rzeczy, które mają coś wspólnego z okultyzmem a więc: muzyka rockowa, czary, wróżby, horoskopy itd. To wszystko miało miejsce w moim życiu i wierzący bracia modlili się ze mną, aby Bóg mnie z tego uwolnił i oczyściłby Pan Jezus mógł we mnie zamieszkać. Było to prosta modlitwa: „Panie Jezu wyznaję, że jestem grzesznikiem, a to, czym się zajmowałem było złe i pochodziło od diabła. Ty, Panie Jezu umarłeś na krzyżu za wszystkie moje grzechy i dlatego proszę cię oczyść mnie swoją świętą krwią. Od tej pory pragnę, aby moje serce było Twoją własnością, dlatego proszę Cię przyjdź i zamieszkaj w nim. Amen”.

Ta modlitwa sprawiła to, że do dnia dzisiejszego żyję z Bogiem i jestem naprawdę szczęśliwy z Nim. Moje życie ma teraz sens, ponieważ przyświeca mi jeden cel. Być z Panem Jezusem teraz i na wieki. Od tamtej pory minęło wiele lat i mogę zaświadczyć, że Pan Jezus mnie nigdy nie zawiódł. Bez Niego byłbym nikim i nikomu niepotrzebnym, ale w jego oczach jestem cenny. Dziś mam żonę, która jest darem od Boga i wielką pomocą dla mnie.

Oboje doświadczyliśmy NOWEGO NARODZENIA, a teraz pragniemy w każdym dniu być NAŚLADOWCAMI CHRYSTUSA. Mamy też dzieci – Pawełka i Estetkę, które chcemy wychować z Bożą pomocą dla Pana, aby nie musiały tego przechodzić, co my, a także drugą „przybraną” córeczkę Patrycję, którą wzięliśmy jako rodzina zastępcza.

Na koniec tego świadectwa, chciałbym szczególnie zwrócić się do tych, którzy nie przyjęli Jeszcze Pana Jezusa do swoich serc.

Jeśli żyjesz w grzechu i nie widzisz dla siebie ratunku tu w świecie mogę Ci zaświadczyć, że tu go nie znajdziesz, ponieważ ten świat” tkwi w złym” i tylko wiele obiecuje, ale w sercu pozostanie Ci pustka, dopóki nie wypełni jej Jezus Chrystus. Chcę Ci powiedzieć, że jest ktoś, komu nie są obojętne twoje potrzeby, problemy i życiowe tragedie! Może sobie myślisz, że twój przypadek jest „nieuleczalny”. Chcę Cię pocieszyć, że jest dla Ciebie nadzieja – przyjdź do Pana Jezusa takim, jakim jesteś. Wyznaj Mu wszystkie grzechy, proś o oczyszczenie, przebaczenie i aby Pan Jezus zamieszkał w twoim sercu. Jeśli to uczynisz to chcę dać Ci kilka rad prosząc abyś je przyjął.

  1.  Każdego dnia czytaj Słowo Boże (BIBLIĘ) gdyż jest to pokarm dla Twojego NOWEGO ŻYCIA.
  2.  Utrzymuj każdego dnia społeczność z Panem Jezusem poprzez modlitwę.
  3. Miej społeczność z takimi ludźmi, którzy doświadczyli tego, co Ty. Jeśli w twojej miejscowości nie ma takich ludzi to proszę abyś skontaktował się ze mną, a ja ze swojej strony będę chciał Ci pomóc .
  4. Jeśli upadniesz tzn. zgrzeszysz, nie daj się podejść oskarżeniom diabła, ale przyjdź w pokutnej modlitwie do Pana Jezusa wyznając swój grzech i prosząc o oczyszczenie w Jego Świętej Krwi. Chciałbym,abyśmy mogli się wspólnie spotkać na uczcie weselnej Pana Jezusa i Jego Kościoła! Jemu niech będzie za wszystko chwała! Amen.

Z miłością Bożą,
Wojtek 


 

Jedna odpowiedź do “Prawdziwa historia (Wojciech Maciak)”

  1. Pastorze.Chwała Panu Bogu że Stawia nam na drodze, tej wąskiej drodze takich ludzi jak ty.Ze Pan Bóg przez Ducha Świętego wkłada na twoje barki tak niewiarygodny ciężar o czym my nie zdajemy sobie sprawy.Duch święty jest w tobie,dzieki czemu możesz i zawsze bedziesz mógł wierzyc w Pana Naszego JEZUSA CHRYSTUSA.,,Żaden żołnierz nie daje się wplątać w sprawy doczesnego życia,aby sie podobac temu,który go do wojska powołał”

     

Zostaw komentarz

© 2012 Walim.org
Support: webbart.eu