• open panel

Garncarz i glina

 

Mam na imię glina. Chcę wam coś opowiedzieć.

Kiedyś byłam głęboko ukryta w ciemnościach pod ziemią. Przyjecha ła wielka koparka i brutalnie kawał po kawałku wyrywała mnie i inne gliny z ciemności. Oślepił mnie blask słońca, zapach zieleni, ja osobiście okropnie cuchnę pleśnią, więc nie wiedziałam, że świat może by taki ładny i miły. Byłam szczęśliwa, ze wyrwano mnie z tych głębokości. Ale w chwilę po tym jak odleżałam swoje na stercie z innymi ‘glinami’, przyjechał transportowy wózek i długo mnie gdzieś wiózł… wytrzesło mnie, i znowu było ciemno pod całą tą paką, gdy dojechaliśmy na miejsce wyrzucono mnie na dworzu pod jakąś wiatę.

Czekałam wiele miesięcy na swoją kolej, aż zostanę zabrana gdzieś dalej, zwyczajnie Ceramik przychodził i powoli wybierał jedną porcję gliny za drugą a ja musiałam doczekać się swojej tury. Byłam podekscytowana, gdy zabrał się za mnie, ale nie wiedziałam,ze będzie kosztowało mnie to tyle bólu…

Podeschło mi się to tu to tam, w innym miejscu zaczęły na mnie rosną mlecze i trawa, bo byłam wymieszana trochę z ziemią, więc Ceramik wyrwał ze mnie z korzeniami moje roślinki i wrzucił do kadzi z wodą, przykrył starą szmatą i poszedł sobie… było mi zimno i pokryła mnie pleśń, już myślałam, ze zapomniał o mnie, gdy pewnego dnia Ceramik odkleił ode mnie tą podeschniętą już szmatę i stwierdził że wpiłam wystarczająco wody aby coś ze mną zrobić … Ale się ucieszyłam, pomyślałam, super, będę kubeczkiem do kawy! A może zrobi ze mnie cały zestaw do kawy? Albo i dwa? To On w końcu jest ceramikiem :) wiec zaufałam Mu.

Podniósł mnie, byłam już nasiąknięta wodą i poczułam jak ciepłe i gładkie są Jego dłonie… zakochałam się w moim Ceramiku… Ale co On ze mną zrobił! Rzucił mną o ziemię! Ała! Potem drugi i trzeci raz… i tak wiele wiele razy podnosił mnie i rzucał mną o ziemię… co za ból, co za upokorzenie, płakałam, wołałam, że boli, że już nie zniosę tych uderzeń, Cała się spociłam, zgrzałam, stawałam się coraz miększa i nagle przestał, podniósł mnie i rzucił na blat stołu garncarskiego. Uh, już po wszystkim, pomyślałam… Och jak bardzo się myliłam! Zaczął wbijac we mnie nóż, rozrywac mnie na poły, a potem dłubał, wyciągał szkło, patyczki, druty i kamienie jakie zdołały sie we mnie wbic, wyciągał wszystkie rzeczy jakie były intruzami we mnie i pieczałowicie mnie oczyszczał wiele godzin… byłam pokłuta, wymięta i zmęczona…

Nagle przestał wybierac te drobności i stwierdził, że jestem juz czysta i wyrobiona, och, brzmiało jak komplement w ustach mojego Ceramika… Ale to wcale nie był koniec męki…  Zaczął mnie ugniatac, rolowac w małe wężyki i układac, sklejac, wbił we mnie jakieś pręty, bo osuwałam się i traciłam kształt, dźgał mnie szpatułkami, tu coś urwał, tam dokleił, czasem zmoczył woda, a czasem gładził i dawał odpocząc od tych męk.

Wiele godzin, tygodni trwało to formowanie, na czas odpoczynku przykrywał mnie mokrą szmatą i zalepiał folią, abym nie wyschła, tylko odsapnęła troche, choc pokrywała mnie zawsze lekka warstwa pleśni, i potem powracałby dokańczać swoje dzieło…byłam już taka inna…zapomniałam o bólu, o rzucaniu mną o ziemię, zrozumiałam, że to wszystko było konieczne, aby mnie przygotować do tego formowania, które w ostatnim etapie było bardzo ekscytujące…zastanawiałam się co ze mnie zrobi mój kochany Ceramik…

Kiedy już skończył widziałam wielką dumę w Jego oczach… musiałam wyglądac zjawiskowo. Wziął wtedy swoje pudełeczko z szafki i zaczął pokrywac mnie jakimiś substancjami, ale one szczypały, reagowały z moim składem chemicznym, poczatkowo lekko, za to gdy doszło do największej tragedii w moim życiu szczypały bardzo… Stało sie coś strasznego… myślałam, że nigdy nie spotka mnie taki horror! Mój Kochany Ceramik najpierw zostawił mnie do wyschnięcia trochę, nie było to najmilsze, ale potem wsadził mnie do wielkiego pieca!! Coś strasznego, kilkaset stopni celsjusza i te płomienie… godziny w płomieniach… o jakże płakałam…. wyparowała ze mnie ostatnia kropelka wody… parzyło, wszystko parzyło, przeszłam traumę!!!!

Potem płomienie opadły a ja stygłam, zajęło mi to kolejne godziny, stygłam w ciemnym piecu i czekałam na mojego Ceramika… gdzie On był? Czyżby mnie opuścił? nagle obudził mnie blask, otworzyło sie wieko i zobaczyłam Go! Stał w swoim fartuchu pełnym moich drobinek, jakie przy pracy sowicie Go ubrudziły, chwycił mnie, postawił na wózeczek i z bardzo zadowolonym wyrazem twarzy pobiegł po śliczną miękką szmatkę, polerował dbale każdy mój kawałek i przykrył atłasową chustą…

Poczułam jak jedziemy gdzieś, ale każdy wstrząs amortyzowała Jego obecna dłoń, tak by nie zadać mi bólu, jaka przyjemna odmiana… Gdy dotarliśmy na miejsce, postawił mnie na jakimś cokoliku i odszedł. Czekałam jakiś czas, aż zapełnił dookoła mnie wszystkie inne postumenty innymi glinami. Pewnego dnia usłyszałam głosy, takie miłe, i zniecierpliwione, czekali na wielką odsłonę… ale odsłonę czego? Hm… czekałam zniecierpliwiona i nagle poczułam, że stoi obok mnie mój kochany Ceramik, na kilometr bym Go rozpoznała, wszyscy ucichli, trwało to kilka sekund…

BLASK! Oślepił mnie blask, spadła zasłona a na twarzy zebranych malowało sie zdumienie i zachwyt, ale o co chodzi? Okazało się, że jestem na wystawie Mistrza, że mój Ceramik zrobil wystawę swoich prac, prac przedstawiających Jego samego, nadał nam, swoim rzeźbom twarze, oczy, różne cechy, kolory, kształty, każdej inne, tak że mogłyśmy sie podziwiac i nie wierzyłyśmy, że jesteśmy gliną, grudą ziemi, byłyśmy rzeźbami Wielkiego Ceramika… Dokoła były lustra i mogłam sie sobie przyjrzec, nie wiem jak nadał mi On taki kształt, ale drugiego takiego nigdy nie zobaczyłam, był wspaniały i w całości był zasługą Ceramika… On przecież mnie kupił gdy byłam bezwartościową grudą ziemi, zadbał o mój transport i sam oczyścił, a nawet wypalił w piecu, który miał nie za wysoką temperaturę bym nie popękała i nie za niską, by wybarwiło się moje szkliwo, a ja bym była idealnie utwardzona… On zadbał, by najmniejszy okruch śmiecia w moim składzie nie spowodował osłabienia masy i bym nie pękła przy próbie ognia… On zadbał o mnie i mnie taka stworzył…

Chciałam Wam o Nim opowiedziec, zdac moje świadectwo, ja jestem tylko gliną, ale On to Mistrz przemiany niczego w coś… i choc czasem boli, czasem jest zimno i porasta pleśń, a samemu wygląda się jak śmierdząca kupa błota, czasem parzy, na wszystko przychodzi odpowiedni czas, gdy wkracza Ceramik i opanowuje sytuację, wiedząc co i w jakiej kolejności nalezy uczynic, aby efekt końcowy był Idealny i On nigdy nie pozwoli aby coś poszło nie tak… Zaufajcie Mu. :)

Ja Mu sie poddałam… jestem gliną, musiałam, ale Wy jesteście ludźmi, możecie w każdym momencie powiedziec “stop”, bo Ceramik gdy Utworzył człowieka z prochu ziemi, tchnął w Niego życie i dał mu wolna wolę, ale poza tym to i mój proces przemiany, i Wasz jest bardzo zbliżony w odczuciach…

 

Zostaw komentarz

© 2012 Walim.org
Support: webbart.eu